Szkoła ma uczyć, a nie tuczyć. 3 października 2012 pod laskę marszałkowską trafiła ustawa mająca na celu ograniczenie dostępności żywności śmieciowej (chipsy, batony, napoje gazowane) w przedszkolach oraz szkołach.

Zostałam zaproszona do wzięcia udziału w dyskusji oraz później konferencji prasowej w Sejmie.

pslPrzed konferencją dyskutowaliśmy o sensowności tej ustawy.
Osobiście jestem absolutnie przeciwna monopolowi fastfoodów w sklepikach szkolnych. Obecnie brak tam alternatywy – nie ma owoców, warzyw, rodzynek, sezamków, orzechów. W ustawie chodzi o to, aby ograniczyć dostępność śmieciowego jedzenia na terenie jednostki edukacyjnej. Szkoła jest miejscem, które w założeniu edukuje i powinna edukować również w kwestii zdrowego trybu życia. Nad ustawą czuwają specjaliści żywieniowi (profesor farmacji i dietetycy), którzy znają doskonale zalecenia WHO czy FDA. Wiadomo np, że produkty zawierające 10g cukru w 100g są niewskazane dla dzieci.
Dodatkowo ustawa nie zakazuje obecności żywności śmieciowej w szkole – dzieci mogą ją przynosić ze sobą i zjadać. Ustawa jedynie daje narzędzie dyrektorom szkół, aby mogli rozwiązać umowę ze sklepikarzem z powodu sprzedaży takiej żywności.
Chodzi również o to, że społeczeństwo płaci składki oraz podatki, które idą m.in na refundację leków dla cukrzyków i ludzi z chorobami naczyniowymi. W tym momencie restrykcje prawne mają na celu profilaktykę owych chorób oraz zaoszczędzenie naszych pieniędzy. Nie zapominajmy też, że pokolenie obecnych dzieci w założeniu będzie pracować na nasze emerytury i jeśli nie zatroszczymy się m.in przez taką ustawę o ich zdrowie, to… I nikt nie stwierdził, że ustawa wystarczy czy że jest super pomysłem. To jeden z potrzebnych kroków.

Jeśli macie chęć dołączyć się do dyskusji, zapraszam na facebookowy profil mamowania tutaj.

Śmieciowa żywność w szkołach